Ryzyko, które się nie opłaca
Ile realnie zyskujesz, ryzykując? Zwykle mniej, niż myślisz.
Piętnasty dołek na Sobieniach, par 5, prawie pięćset metrów. Uczeń zagrał ładnego drivera - dwieście metrów, prosto na fairway. Zostało dwieście osiemdziesiąt do flagi, a po drodze rów z wodą: sto pięćdziesiąt metrów do jego bliższej krawędzi, sto siedemdziesiąt, żeby przelecieć na drugą stronę. Sięgnął po 3 wood. "Gram nią ok sto siedemdziesiąt w powietrzu" - powiedział, gotowy do ataku.
Zatrzymałem go jednym pytaniem: jak pewny jesteś, że trafisz akurat tyle, ile trzeba?
Policzyliśmy razem. Trójką gra średnio sto siedemdziesiąt metrów w powietrzu - a rów wymaga dokładnie tylu, żeby go przelecieć. To nie margines bezpieczeństwa, to granica: każde uderzenie poniżej średniej, a takich w ciągu rundy jest z definicji połowa, kończy się w wodzie, zanim w ogóle dotrze do drugiej strony.
Bezpieczny kij, taki, którym gra pewnie sto trzydzieści metrów, zostawia go daleko przed rowem i sto pięćdziesiąt metrów do flagi na trzecie uderzenie. Trójka, jeśli się uda, zostawia sto pięć metrów - łatwego wedge'a, realną szansę na birdie. Ale "jeśli się uda" oznacza tu coś konkretnego: uderzenie wyraźnie powyżej średniej.
Zanim wyciągniesz kij, którym musisz zagrać na granicy swojego zasięgu, zapytaj: czy to zagranie, które trafiam prawie zawsze, czy takie, które czasem wychodzi, a czasem nie? Jeśli szczerze odpowiadasz "czasem" - to nie jest zagranie na dziś.
Uczeń wziął irona, zatrzymał się przed rowem, ze stu pięćdziesięciu metrów zagrał bezpiecznie na środek greenu i wciąż miał putta na birdie. Nudno? Może.
Ale ten dołek równie dobrze mógł skończyć się w wodzie i zapoczątkować serię nieudanych strzałów spowodowanych chęcią nadrobienia wyniku. Zamiast tego miał łatwego para w zasięgu ręki i szansę na birdie, bo policzył, zanim wybrał kij, zamiast wybrać kij, bo tak czuł.
Zawodowcy nie grają odważnie na każdym dołku. Grają odważnie tam, gdzie matematyka im na to pozwala.

