Jedno uderzenie, nie cała runda
Mój uczeń ma dziwny nawyk - po każdym fatalnym uderzeniu klepie się dwa razy w udo, głośno wypuszcza powietrze i idzie dalej. Bez przekleństw, bez rzucania kijem. Zapytałem go kiedyś, skąd to się wzięło.
"Kiedyś rzucałem kijami" - powiedział - "i traciłem przez to całe dołki, nie tylko jedno uderzenie. Wymyśliłem sobie gest, żeby mieć na co przełączyć głowę."
Działa lepiej, niż mógłby przypuszczać. Bo złość po złym uderzeniu to nie odruch. To wybór. Nikt nas do niej nie zmusza - sami decydujemy, żeby zostać przy uderzeniu, które już się skończyło. A to kosztuje: ciało się spina, zamach traci rytm, głowa wciąż jest przy piłce, która poszła w wodę, zamiast przy tej, którą zaraz zagrasz.
Dla mnie zawsze mega ważnym krokiem rutyny po uderzeniu jest "puszczenie". Nie udawanie, że nic się nie stało. Zamknięcie sprawy, zaraz po tym, jak wyciągniesz z niej to, co się dało wyciągnąć.
Gest mojego ucznia robi dokładnie to. Klepnięcie, wydech - i głowa dostaje sygnał: koniec tego wątku. U innych uczniów widziałem głęboki oddech, otarcie twarzy ręcznikiem, nawet ciche gwizdnięcie. Nieważne, jaki to gest. Ważne, żeby był zawsze ten sam. Wtedy z czasem zaczyna działać sam, bez myślenia.
Spróbuj na najbliższej rundzie. Wybierz swój gest, zanim będzie Ci potrzebny. Bo kiedy przyjdzie złe zagranie - a przyjdzie - użyj go, zanim zdążysz pomyśleć o czymkolwiek innym.
Ile uderzeń dzięki temu zaoszczędzisz? Tego nie zmierzysz. Ale wiem jedno - dołek, który właśnie zepsułeś, nie musi zepsuć kolejnych trzech.

