Długo i krzywo
W 2008 roku Golf Digest wysłał kilku amatorów na Torrey Pines South, pole, na którym w tym samym roku rozgrywano US Open. Jednym z nich był John Atkinson, handicap 8,1. Miał prosty plan: z każdego tee hybryda. Krócej, ale prosto, bo głęboki rough na polu US Open potrafi zjeść piłkę.
Plan wyglądał rozsądnie. W praktyce Atkinson oddawał na każdym tee około 45 metrów, a w rough'ie i tak często lądował, tylko dalej od greenu. Zaczął od czterech bogey, nie zagrał ani jednego para i skończył z wynikiem 114.
Jedna runda niczego nie dowodzi. Mark Broadie, profesor z Columbii i twórca statystyki strokes gained, sprawdził to jednak na danych z tysięcy uderzeń amatorów. Wziął popularną radę na długie par 4: dwa razy iron, potem krótkie podejście i "bezpieczny bogey". Gracz z wynikiem w okolicach 90 traci na takiej strategii dwa do trzech uderzeń na rundę.
Strata bierze się z dystansu. Iron z tee to zwykle około 55 metrów mniej niż driver, a drugi iron zabiera kolejne 35. Zamiast krótkiego approach'a zostaje trzecie uderzenie z co najmniej 90 metrów. Iron jest prostszy, ale nie na tyle, żeby to nadrobić.
Broadie ujął to w jednym zdaniu: długo i krzywo jest lepsze niż krótko i krzywo.
Dlatego ja zawsze powtarzam: bierz drivera, chyba że w grę wchodzi out of bounds albo woda. Tam pomyłka kosztuje karne uderzenie, a przy out of bounds jeszcze dystans, i tylko wtedy krótszy kij z tee ma sens.
A jeśli driver to dla Ciebie wciąż loteria? Nie odkładaj go do torby. Graj nim nie na sto procent mocy, tylko tak, żeby trafić środkiem kija. Czysto trafiony driver na trzy czwarte mocy zwykle i tak poleci dalej niż hybryda.
Hybryda z tee daje ładniejsze uderzenie. Driver daje lepszy wynik.

